Od pamiętnego 1989 nie powstała chyba równie dobra, jak już prawie dwudziestoletni Batman, ekranizacja komiksu. No ok, było znakomicie zrobione Sin City. Było również takich trzystu, co poprzeczkę podnieśli bardzo wysoko. No, były jeszcze Żółwie Ninja, które jako dzieciak po prostu uwielbiałem. Ale to właściwie wszystko.

Do dziś w koszmarach śnią mi się przesłodzone batmany (za wyjątkiem jeszcze drugiego filmu Burtona o tej postaci), a idąc do kina na film będący adaptacją “kreski” zawsze przypominam sobie żenująco beznadziejnego, plastelinowego i przekoloryzowanego (”przekolorowanego” ;-)) Hulka czy tragicznie śmiesznego, przewidywalnego i zwyczajnie głupiego do-i-look-like-a-gay Spidermana. Pomijam kilka filmów, które nie były dobre, ale też nie okazały się dostatecznie żałosne, by o nich pamiętać.

W zeszłym roku pojawiły się Transformery. Właściwie ani fabularnie, ani aktorsko nie błyszczały. Mimo to film polubiłem od pierwszego obejrzenia. Może to sentyment, którym niegdyś darzyłem Optimusa i jego zgraję z kreskówek, plastikowe zabawki zmieniające się na przemian w “ludziki” i samochody czy inne pojazdy, wspomnienia z dzieciństwa ogólnie. A może ponad wybitne efekty specjalne i animacje, przyjemna muzyka, fajne autka. W każdym razie oglądało się całkiem dobrze.

Parę dni temu na ekrany wszedł człowiek w żelaznej masce i kubraku – też żelaznym. Głębia fabularna zbliżona do tej w Transformerach, blachy jednak trochę mniej. Mowa oczywiście o filmie pt. Iron Man. Czegoż można było się spodziewać?

Najlepiej niczego, wtedy można uniknąć rozczarowań. Ja poszedłem do kina po tygodniu intensywnej pracy ;P celem zrelaksowania się, by obejrzeć film, który nie będzie zmuszał widza do wytężonego myślenia (albo lepiej myślenia w ogóle), gdzie tu coś wybuchnie, tam kogoś zastrzelą, fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, a wszystko okraszone dobrymi efektami i jakąś fajną nutką. Przyjemnie jest, gdy znajdą się tam jeszcze aktorzy, którzy grają, a nie tylko występują.

I tak, mówiąc krótko, można by opisać Iron Mana. Tylko że zazwyczaj, po takich filmach, przychodzi refleksja typu “dlaczego wydałem te kilka złotych na jakieś gówno, kiedy można było pójść na piwo”. Tu nie przyszła. A to dzięki dwóm osobom, bez których ów film chciałoby się zapomnieć jeszcze przed obejrzeniem go do końca. Pierwsza z tych zasłużonych postaci to Robert Downey Jr., odgrywający głównego bohatera. Trudno sobie wyobrazić, by w tej roli mógł wystąpić ktoś inny. Facet po prostu przyćmiewa wszystkich dookoła. Druga z nich to Gwyneth Paltrow, jedna z najbardziej uroczych gwiazd Hollywood. Ona mogłaby tylko stać i uśmiechać się, a i tak byłaby zachwycająca.

O ile wspomniane Transformers z własnej, nieprzymuszonej woli oglądałem kilka razy, to na kolejny seans Iron Mana już bym nie poszedł. Choć czasu i pieniędzy nie żałuję. ;) I tyle.

Równolegle z filmem została wydana gra komputerowa, przedstawiająca rzekomo tę samą historię. W ramach ciekawostki, fragment jednej z recenzji:

„Iron Man” to nie tylko jedna z najgorszej pomyślanych i najbardziej spartaczonych gier roku pod względem projektu poziomów, mechaniki rozgrywki i przedstawienia fabuły. To także jedna z najgorzej wyglądających gier. To po prostu wstyd, że gra tak głośna, jak by nie było, prezentuje się aż tak źle. Fatalna animacja, modele uboższe niż Bangladesz, tekstury których wstydziłyby się gry sprzed dziesięciu lat, straszliwie puste i całkowicie nieinteraktywne środowiska i lokacje.