Odwiedzając ostatnimi czasy kino zauważyłem, że jeśli film jest dobry, to zawsze kilka osób wyjdzie z sali w trakcie projekcji. Natomiast kiedy wyświetlany jest totalny chłam, wszyscy z zainteresowaniem gapią się w ekran. I ja też, bo skoro już zapłaciłem…

Gdy jakiś czas temu udaliśmy się małą grupką do kina, film wybierałem ja. Nikt nie protestował, ktoś nawet stwierdził, że słyszał dobre opinie. Po seansie wszyscy uznali, że było nudno, kiepsko, nieciekawie, że strata czasu. Mnie z kolei “Michael Clayton” bardzo się podobał. Określiłbym go mianem względnie ambitnego, co w przypadku filmów zza oceanu (”tego po lewej”) jest rzadkością. Irytują mnie pełne pretensji niezadowolone spojrzenia, więc teraz chodzę do kina sam. Najchętniej o wczesnej porze, bo nie znoszę dochodzących z każdej strony szelestów, chrupania i dzwoniących telefonów, tak częstych niestety na seansach wieczornych, w wypełnionych po brzegi salach. Wczoraj wybrałem się na “American Gangster”.
Oczywiście kilka osób wyszło… ; )

American GangsterW najnowszym filmie znanego skądinąd Ridleya Scotta główne role zagrali Russell Crowe (”Gladiator”, “Piękny umysł”) i Denzel Washington (”Człowiek w ogniu”, “Deja Vu”, “Plan doskonały”; oglądanie tego gościa na ekranie to prawdziwa przyjemność; nie, nie jestem… ;)). Teatr dwóch aktorów, chciałoby się powiedzieć, choć wiele ról drugoplanowych też obsadzono doskonale (wśród nich Ruby Dee nominowana do Oscara). Ale film koncentruje się właśnie na tych dwóch panach.

Ameryka, lata 70. Frank Lucas (Washington), kierowca i ochroniarz Bumpy’ego – “ojca chrzestnego” Harlemu, po śmierci szefa i przyjaciela zarazem, zajmuje się małym narkotykowym biznesem. Pewnego pięknego dnia wpada na pomysł, by importować czystą heroinę bezpośrednio od producentów w Azji, przemycając towar w trumnach poległych w Wietnamie żołnierzy. W krótkim czasie osiąga prawdziwą fortunę i wpływy, nie tylko zajmuje miejsce po dawnym pracodawcy, ale podporządkowuje sobie nawet nowojorską mafię. Ten bezwzględny gangster, który potrafi zabić bez skrupułów w biały dzień na środku ulicy, jest jednocześnie cudownym, kochającym synem, mężem, bratem. A próbuje go “usadzić” wyjątkowo uczciwy policjant, Richie Roberts (Russell Crowe). Tak uczciwy, że nawet kumple z pracy przestają mu ufać, kiedy grzecznie oddaje skonfiskowane pieniądze. Jednocześnie tak nieuczciwy w innych kwestiach, że odchodzi od niego żona. Tyle, jeśli chodzi o fabułę, w największym skrócie. W rzeczywistości jest dużo lepsza, ale ja nie potrafię jej ładnie przedstawić. :P

Obraz znakomicie oddaje klimat tamtych lat (tak mi się wydaje, bo nie ukrywam, iż nie miałem okazji poczuć tegoż klimatu osobiście). Ubrania, fryzury, samochody, miasto – niesamowite. Muzyka niemal idealnie dobrana do scen, prawie jak w filmach o paczce Ocean’a. Generalnie jest tip-top. Szkoda tylko, że nie kończy się happy-endem. Ale skoro oparty na faktach, to nie można było inaczej…

Starczy tego ględzenia. Krótko – świetny film. Ciekawa fabuła, przyzwoite zdjęcia, dobra obsada i udźwiękowienie, czyli wszystko, czego oczekuję idąc do kina (w sensie “na film” ;)). Zdecydowanie polecam.