Dostałem ostatnio jeden z fajniejszych prezentów urodzinowych. Nie ma nic wspólnego z alkoholem, może poza tym, że również uzależnia. Najlepsze nujazzowe brzmienia, zebrane w jednym, eleganckim opakowaniu opatrzonym charakterystycznym znaczkiem z filiżanką – gwarantującym niezapomniane muzyczne doznania.

Mowa oczywiście o Saint-Germain des-Prés Café. Lecz tym razem chodzi nie o serię jako taką, a wydaną w minionym roku kompilację “Saint-Germain des-Prés Café Paris”. Ku jeszcze większej mej radości, na opakowaniu widnieje również “limited edition”. Jak bardzo limited – sprawdzać nie będę. Ale zawsze to odrobinę bardziej “wyjątkowe”, prawda?

W złotym pudełku znajduje się dziesięć kompaktów ubranych w czerwone “koszulki”. Pod względem wizualnym wydanie prezentuje się naprawdę godnie i dostojnie. Szkoda by było nie wystawić tego gdzieś na półce – niech każdy widzi i podziwia.
Tyle o filiżance. A jak smakuje jej zawartość?

Smakuje znakomicie! Kompilacja zawiera 150 doskonale dobranych utworów najlepszych – znanych i mniej znanych – wykonawców nujazzu i okolic. Dobre na każdą okazję – na imprezę, po imprezie, do romantycznej kolacji we dwoje czy spotkania znajomych przy piwie. Krótko mówiąc, każdy znajdzie coś dla siebie.

Można usłyszeć parę kawałków znanych z serii, jednak znaczna większość to niepublikowane do tej pory (w ramach des-Prés Café) nagrania. I trzeba przyznać, że trzymają poziom co najmniej tak samo wysoki jak dotychczasowe wydania spod tej marki. Ale nic w tym dziwnego. Wystarczy wspomnieć wypisane wielkimi literami gwiazdy – De-Phazz, Metropolitan Jazz Affair, Jazzanova, Beady Belle, Alice Russel, Stacey Kent, Tok Tok Tok, Povo, Koop, Gotan Project, Nicola Conte, czy moje ulubione (odkąd usłyszałem cover “People hold on”) [re:jazz]. Nie brakuje też nazwisk znanych nawet wśród osób niekoniecznie pałających miłością do “udziwnionego jazzu” – Diana Krall, Michael Buble i urocza Norah Jones. Trzeba czegoś więcej?

Nie trzeba, ale w “Paris” i tak to dostajemy. Po prostu pełnia szczęścia. Oprócz zespołów i wykonawców gwarantujących swoim nazwiskiem najwyższą jakość, na płytach jest sporo mniej znanych lub nieznanych mi zupełnie artystów, których utwory słucham teraz bez przerwy. Kilka zaskakujących perełek powoduje promienny uśmiech i szczerą radość. Świetny cover “Like A Virgin” w wykonaniu Petry Magoni i Ferruccia Spinetti, występujących jako Musica Nuda. Wyobrażacie sobie, jak to może brzmieć, zaśpiewane cudownym głosem Petry, przy którym Madonna wypada jak Backstreet Boys obok Pavarottiego, w akompaniamencie kontrabasu zamiast tych kiczowatych trzasków i brzdęków z oryginału? Brzmi wspaniale! Albo piękne “Heaven” Wei-Chi, absolutna znakomitość.

Można by jeszcze długo wymieniać. Ale to nie ma większego sensu, ponieważ nie jestem w stanie opisać słowami wspaniałych, kojących, pobudzających, radosnych, energetyzujących brzmień, niesamowitych kobiecych wokali i ogromnego zachwytu, w jaki wprawiła mnie ta składanka. Zdecydowanie godna polecenia – każdemu, na każdą okazję.

*mlask*