W trakcie przerwy świątecznej miałem trochę wolnego czasu… No dobrze, nie miałem. Ale znów, jak to mam w zwyczaju, przesunąłem ważne obowiązki oraz naukę na dalszy plan i zająłem się czymś ciekawszym. Mniej lub bardziej, heh.

Udało mi się ukończyć znakomitą polską produkcję, którą niedawno zachwycał się cały świat (a przynajmniej miłośnicy cRPG). Brawo, zgadłeś! “Wiedźmina” mogę spokojnie uznać za grę doskonałą. Wielu się ze mną nie zgodzi, ale ja nie należę do miłośników shooterów, RTS’ów i kiepskiego Gothica. Ok, ale o Wiedźminie innym razem…

“Kane & Lynch: Dead Men”, wydana w połowie grudnia, przygotowana przez ludzi odpowiedzialnych za powstanie rewelacyjnego Hitmana. Brzmi dobrze? Niby tak, ale fajerwerków nie będzie.

Gra jest oparta na tym samym silniku co ostatnie przygody łysego killera… sprzed ponad roku. Już nie wygląda tak fajnie, co? Chociaż z drugiej strony… Sercem “Wiedźmina” jest ten sam engine, na którym hula Neverwinter Nights. Mocno przebudowany, podrasowany, ulepszony, jednak to wciąż Aurora. A przecież obie gry są zupełnie inne. Niestety w przypadku Kane’a i Lyncha nie należy się spodziewać wielkich rewelacji. Grafika, owszem, nie jest zła (można obejrzeć w oficjalnej galerii). Jednak nie powala, w porównaniu do “Hitman: Blood Money”. Efekty, wybuchy, modele postaci (te akurat są bardzo dobre, jeśli chodzi o głównych bohaterów) – to wszystko niczym się nie wyróżnia, żeby nie powiedzieć zostaje w tyle, na tle dzisiejszych superprodukcji typu “Crysis” (których i tak nie tykam, bo komputer mam za słaby ;)).

Wspomnę od razu o muzyce, póki jeszcze pamiętam. Hmm. A właściwie nie pamiętam. Ścieżka dźwiękowa nie jest ani dobra, ani zła. Nie zachwyca, nie denerwuje. Nie zostaje w pamięci jako wielkie dzieło, ani jako straszny chłam. Po prostu przechodzi bez echa.

No dobrze, ale w tej grze musi być coś fajnego, skoro nawet ja w nią zagrałem. Od razu przyznam, że spodziewałem się po niej znacznie więcej “fajności”, choć nie okazała się tragedią. Przede wszystkim na uznanie zasługuje fabuła, w niezwykle ciekawy sposób przedstawiana graczowi, wciągająca i trzymająca w napięciu, utrzymana w filmowej konwencji, przewidująca różne zakończenia. Z fabułą bezpośrednio związani są główni bohaterowie, jakimi przyjdzie nam grać (sterować będziemy jednym z nich, drugi zawsze nam towarzyszy), czyli tytułowi Kane i Lynch. Pierwszy z nich to były najemnik, bezwzględny, zimny drań, który zostawił żonę i pięcioletnią córkę po tym, jak jego mały synek strzelił sobie w głowę z pistoletu tatusia. Drugi jest sympatycznym schizofrenikiem miewającym od czasu do czasu wielką ochotę na zabijanie, nie do końca przekonanym, czy rzeczywiście sam brutalnie zamordował własną żonę.

Obaj panowie spotykają się w więźniarce, w drodze do miejsca, gdzie czeka ich egzekucja. Na szczęście, albo niestety, paru znajomych Kane’a, których ten przedwcześnie uznał za martwych i zwiał z “emeryturą”, przypomina sobie o nim i postanawia odbić. Nasz bohater otrzymuje propozycję nie do odrzucenia – “odzyskasz fanty i cię zabijemy albo nie odzyskasz i zabijemy ciebie, twoją żonę oraz córeczkę”. Na domiar złego otrzymuje również Lyncha jako wspólnika – ma on regularnie informować o poczynaniach Kane’a. Filmowo, prawda? Klimat gry jest doprawdy niesamowity.
Na osobną wzmiankę zasługują dialogi. Kane i Lynch prowadzą jedne z najlepszych rozmów, jakie dotąd słyszałem w grach komputerowych. Bardzo naturalne, bezpośrednie, ociekające cynizmem kwestie wprawią w osłupienie, a i nierzadko rozbawią. Jednak prezentują raczej czarny humor.

Postaciami steruje się intuicyjnie, podobnie jak we wspomnianym kilkukrotnie “Hitmanie”. Interfejs jest prosty do granic możliwości, dzięki czemu zamiast skupiać się na długim poszukiwaniu broni w ekwipunku, można w pełni poświęcić się akcji. Swoją drogą, “ekwipunek” wiele nie pomieści – raptem broń krótką, długą i dwa rodzaje granatów. Na szczęście nie jest to kolejna gra, w której bohater pod kurtką trzyma arsenał, jakiego nie pomieściłby hangar lotniczy. Mimo to, wybór broni jest spory – popularne, wyświechtane M4 i “kałachy”, ale również takie rodzynki jak P90 czy SIG 552 (albo 550?). Dosyć wiernie oddano odgłosy strzałów, a każda armata łupie inaczej. Z ciekawych rzeczy należy jeszcze wymienić zastrzyki adrenaliny. Nie te, które być może otrzyma gracz. Jeśli podczas strzelaniny Kane zostanie zbyt mocno podziurawiony, wspólnicy (o ile jacyś jeszcze żyją) potraktują go wielką strzykawką i przywrócą do stanu używalności. Podobnie powinien postępować gracz, kiedy nieszczęście przytrafi się towarzyszom broni. Nie wolno jednak przesadzać, wszak co za dużo to niezdrowo. W końcu nie samą adrenaliną człowiek żyje, niektóre organy wewnętrzne też są potrzebne.

Tyle, jeśli chodzi o dobre strony. Teraz wracamy do słabych punktów. Gra jako taka jest mało interesująca. Owszem, przerywniki ciekawe, fabuła super, blah blah, ale gra – mimo szybkiego tempa – równie szybko staje się nudna. Zasadniczo chodzi jedynie o to, żeby strzelać. W różnych sceneriach, do inaczej ubranych przeciwników, z różnych broni, ale wciąż głupie strzelanie. Nic innego się nie dzieje, tylko nieustanne rąbanie z tego, co akurat mamy pod ręką. Z początku jest to ciekawe, ale ile można? Zadanie zazwyczaj można wykonać tylko w jeden sposób, w gestii gracza leży co najwyżej wybór filaru/murka/ściany, za którą się ukryje, by za chwilę znów siać ołowiem w rzesze wrogów. Niekiedy zdarzy się zjechać po linie (bardzo fajny wstęp do jednej z misji, gdzie zjeżdżamy właśnie z dachu biurowca i wpadamy w odwiedziny do japońskiego biznesmena), ale to sporadyczne przypadki i nawet większa ich ilość raczej nie wpłynęłaby na atrakcyjność gry. No cóż, jak się okazuje, nie jestem miłośnikiem action shooterów.

Kolejną wadą (albo, biorąc pod uwagę powyższe, zaletą) jest czas trwania rozgrywki. Dostajemy (jeśli mnie pamięć nie myli) 16 krótkich misji, których ukończenie to kwestia dwóch wieczorów (albo jednego dnia/nocy, jak kto woli). Trochę mało jak na grę za 100zł.

Podobno tryb wieloosobowy jest dobrze zrobiony, ale nie miałem okazji sprawdzić. Głownie dlatego, że multiplayer mało mnie interesuje. Odsyłam więc do poważnych recenzji.

Czy warto wydawać pieniądze na tą grę? Moim zdaniem nie. Ale “Kane & Lynch” to nie gatunek, za którym sam przepadam. Sądzę, że wielbicielom tego typu rozrywki przypadnie do gustu. Pozostałym sugeruję raczej zakup wspomnianego “Wiedźmina” albo “Neverwinter Nights 2″ ze świeżą “Maską Zdrajcy”.