Notka nieco spóźniona, ale jakoś nie było czasu, żeby to napisać.

Made in Chicago

Druga edycja festiwalu Made in Chicago zakończona. Jak było? Znakomicie! Może obecność na zaledwie dwóch koncertach nie jest wystarczająca do oceny całego festiwalu, ale sugeruję się również zasłyszanymi opiniami. I już zaczynam zbierać na bilety, bo w przyszłym roku żadnego nie opuszczę.

Darmowa wejściówka, tania publika

Pierwszy z koncertów odbył się w auli WSNHiD. Na scenie wystąpili (widoczni na zdjęciu, od lewej): Edward Wilkerson, Dee Alexander, Douglas Ewart, Harrison Bankhead, Dushun Mosley oraz Mwata Bowden. Miła niespodzianka, gdyż zapowiadany skład był nieco mniejszy.

Otwarcie festiwalu 1

Powinienem od razu wyjaśnić podtytuł. Sala wypełniona po brzegi, wszystkie miejsca siedzące zajęte, o stojących nie wspominając. Bo wstęp na koncert był niestety bezpłatny. Dlaczego “niestety”? Event mający służyć popularyzacji tego typu muzyki (idea dobra, trzeba przyznać), okazja dla ciekawskich, studentów i każdego, kto akurat się nudził, a szkoda mu było pieniędzy na wyjście do pubu. Taki właśnie zlepek ciekawej, jednakże nie do końca zainteresowanej publiczności wzbudził we mnie pokłady szczerej nienawiści. Nie znoszę, kiedy ktoś łazi tam i z powrotem, wychodzi robiąc dodatkowy hałas, czy bezczelnie przechodzi przed sceną w trakcie występu. Brak szacunku dla artystów, ale także irytacja reszty widowni. A kiedy ktoś zapłaci za bilet, przynajmniej wysiedzi na d… te dwie godziny, bo przecież “szkoda wyrzucać pieniądze”.

Otwarcie festiwalu 2 Otwarcie festiwalu 3

Koncert rzeczywiście mógł się nie podobać. Nie był to “typowy jazz”, jaki często słychać w radiu czy w kinie. Muzyka raczej trudna w odbiorze, specyficzna, w pewien sposób działająca na wyobraźnię. Charakterystyczne afrykańskie instrumenty, brak wyraźnego basu w tle i wokal jako dodatkowy instrument – taka mieszanka nie każdemu przypadnie do gustu. Przyznam, że spodziewałem się czegoś innego, ale mimo to bardzo mi się podobało. Jeden z przystanków w bardzo ciekawej muzycznej podróży po świecie. Jednak najlepsze miało dopiero nadejść…

Jak na filmie

Następnego wieczoru – koncert w Blue Note. “The Brown Legacy Effect”, skład: Maggie Brown i Dee Alexander – wokal, Larry Gray – bass, Art Hoyle – trąbka, Robert Irving III – pianino, Charles Heath – perkusja. I poczułem się jak na filmie. Takim prawdziwie amerykańskim, z małym, zatłoczonym klubem, stolikami i sceną, na której czarni muzycy tworzą wspaniały nastrój. Może poza wyjątkiem, że tu nie wszyscy byli czarni.

Było wspaniale. Niesamowicie pozytywna energia płynęła ze sceny przez cały czas. Maggie i Dee dały znakomity popis “typowego”, kobiecego wokalu jazzowego, a muzycy nieustannie tryskali energią. Może poza panem od trąbki, który sprawiał wrażenie lekko zmęczonego, ale kiedy zaczynał grać, to już nie było zastrzeżeń. Parę wesołych wstawek mieli goście z Chicago siedzący przy stolikach. Bardzo sympatyczni i weseli ludzie.

The Brown Legacy Effect 1 The Brown Legacy Effect 2 The Brown Legacy Effect 3

Naprawdę wyjątkowa atmosfera. Niezapomniana, krótka podróż do Ameryki, tej lepszej, ciekawszej, którą chciałbym kiedyś odwiedzić na dłużej. Najlepszy koncert, na jakim byłem do tej pory.

No właśnie. Ze smutkiem przyznaję, że bawiłem się lepiej niż na występie AMJ (również znakomitym!). Tamto wydarzenie było niemal jak przeżycie religijne, katharsis i takie tam, a scena – raptem kilka metrów od mojego stolika – wydawała się wyjątkowo odległa. Maggie i Dee – dystans znikał z każdą minutą koncertu. Ha! I nawet udało się zagadać panią Brown. ;)

O artystach biorących udział w tegorocznej edycji Made in Chicago możecie przeczytać na stronie Estrady.