Kiedy ponad dwa lata temu usłyszałem o planach ekranizacji przygód jegomościa z kodem kreskowym na łepetynie, podskoczyłem z radości. Byłem wówczas świeżo po trzeciej odsłonie gry, będącej w mojej prywatnej top3. Pisano wtedy, że w roli Pana 47 wystąpi Vin Diesel (m.in. “Szybcy i wściekli”, “Kroniki Riddicka”, znakomite “Find me guilty”). O tym, czy byłby do tej roli odpowiedni, nie ma co dyskutować. Już nie.
W ostatnich dniach listopada odbyła się premiera filmu “Hitman”. Główną rolę zagrał Timothy Olyphant (mizerny czarny charakter w “Szklanej Pułapce 4″, lepszy czarny charakter w “Dziewczynie z sąsiedztwa”, detektyw z “60 sekund”). No i ten… cóż…
Niemal od razu po światowej premierze, mającej miejsce bodajże dwa dni przed polską, pojawiło się mnóstwo recenzji. Zdecydowana większość z nich, delikatnie rzecz ujmując, nie przedstawiała filmu w dobrym świetle. Zarezerwowałem bilet na wieczór w dniu polskiej premiery. Kilka godzin wcześniej paru znajomych zdążyło mi powiedzieć, że “kiepski” w odniesieniu do tej produkcji to łagodne określenie. Trzy godziny przed seansem przeczytałem pierwsze polskie recenzje, również niezbyt pochlebne. Ogólnie mówiąc, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, iż będzie to chała jak rzadko. Ale szczerze mówiąc, miałem to serdecznie gdzieś. Żadna, absolutnie żadna opinia nie powstrzymałaby mnie przed kupnem biletu (może poza taką w stylu “kiepski film, masz tu tysiąc złotych, i nie warto na niego iść”). Dlaczego? Po pierwsze, byłem diablo ciekawy, jak to wyszło, i chciałem sam zobaczyć. Po drugie, słysząc czy widząc “Hitman”, ręce mi się trzęsą, powieki drgają, a czerwony krawat sam wiąże się pod szyją. No i poszedłem…
Wrażenia? Mieszane. Nie oczekiwałem przecież wybitnego widowiska, więc nie mogę stwierdzić, że się zawiodłem. Właściwie mógłbym nawet powiedzieć, że byłem pozytywnie zaskoczony, bo wcale nie było tak tragicznie, jak się spodziewałem. Kiedy pojawił się nowy film z Willisem – “Die Hard 4.0″, krytycy starali się udowodnić, jaka ta fabuła płytka, przewidywalna, dialogi skąpe i głupie, posypały się złośliwe felietony (na przykład ten). Ale w końcu ktoś się obudził i powiedział “WTH?!” (na przykład tutaj; polecam oba artykuły). Jeśli chcecie ambitne filmy, idźcie na Almodovara. Chcecie względnie ambitne, ale amerykańskie filmy – obejrzyjcie “Michaela Claytona”. Chcecie popatrzeć, jak strzelają, zabijają, a wokół wszystko wylatuje w powietrze – John McClane jest dla was! A malkontentom zawsze można powiedzieć: “yippee-kay-aye…”.
Do czego zmierzam? Otóż wydaje mi się, że “Hitman” miał być taką sobie stonowaną “nawalanką” bez większego sensu. Idąc na ten film, chciałem zobaczyć wyrafinowanego zabójcę, który bez mrugnięcia okiem zlikwiduje wyznaczone cele, po czym zniknie bez śladu. Oj, likwidowania w tym filmie było niemało, więc część oczekiwań została spełniona. Rozczarowały mnie jednak moralne (?) dylematy głównego bohatera – rażący brak profesjonalizmu, zachowanie dalece odbiegające od komputerowego pierwowzoru.
Większość dialogów była beznadziejna, pseudo-patetyczne gadki żenujące, a rozmowy stróżów prawa śmieszne – nie tylko ze względu na treść, ale i ton – taki strasznie przejęty aktorzyna, ciągle jeszcze podniecony, że udało mu się zagrać w filmie.
Zresztą Timothy Olyphant też się specjalnie nie popisał. Niedostatecznie wredna gęba, postura nie ta, mimika raczej średnio. Ale mogło być gorzej. Muszę przyznać, że bardzo fajnie wyglądał, kiedy… nie było go widać. Biała koszula, czarny garnitur, czerwony krawat i dużo cieni albo kamera zza pleców – jak w grze!
Główna rola kobieca nie przypadła seksbombie, ale znów – mogło być gorzej. No i, ku uciesze młodszej części widowni, pokazała się nago raz czy dwa.
Fabuła – oczywiście nic specjalnego, aczkolwiek zakończenie dość zaskakujące. Kilka scen było wybitnie beznadziejnych (spotkanie paru hitmanów w pociągu, większość scen “przegadanych”, “romantyczne rozstanie”, ostatnie 30 sekund), kilka natomiast całkiem przyjemnych (pierwsze zlecenie, ucieczka z hotelu, restauracja). Twórcom udało sie nawet przemycić parę dowcipów, choćby tytułowy assassin wpadający do pokoju, gdzie dwóch dzieciaków gra na konsoli w “Hitmana”, czy kilka świetnych scenek z serii “47 i kobiety”. Rozbawiły mnie również kombinezony rosyjskich milicjantów – jak by statyści z Gwiezdnych Wojen pomylili plany.
Mocną stroną filmu była muzyka, ładnie brzmiąca i przeważnie odpowiednio dobrana do sytuacji. Może nie zapada w pamięć jak kompozycje Zimmera, ale też nie pozostawia złych wspomnień.
Podsumowując znów się powtórzę – mogło być gorzej. Oczywiście cieszyłbym się, gdyby było lepiej, niemniej jednak nie uważam pieniędzy wydanych na bilet i czasu poświęconego na obejrzenie “Hitmana” za stracone. Ba, nawet fajnie było. Ot taka lekka rozrywka. A jak się nie podoba, to “yippee-kay-aye…”. ;)
Brak komentarzy do "Eleganckie zabijanie"
Dodaj coś od siebie!