Ostatnio częściej jeżdżę samochodem, głównie z lenistwa i tendencji do spóźniania się na autobus. Siłą rzeczy dostrzegam wiele zachowań, manewrów i popisów innych kierowców, z którymi niegdyś spotykałem się raczej rzadko, zasiadając za kierownicą raz na jakiś czas. Nie nadużywam wulgaryzmów, kulturalnie rzucam straszne klątwy i złe uroki. Bo głupie mignięcie kierunkowskazem może zapobiec niebezpiecznej sytuacji. Bezczelne zajeżdżanie drogi to już niemal standard, nie wspominając o wyczynach zakompleksionych “gangsterów” w głośnych, czarnych BMW rocznik 89 (nie ujmując nikomu). Nierzadko można też stać jak dureń ładnych parę minut, próbując wyjechać z podporządkowanej, bo nikt nie jest na tyle uprzejmy, żeby przepuścić.

Kierowco…

Oczywiście nie jestem wzorowym kierowcą. Ba, niekiedy bywam prowokatorem “ulicznych napięć”. Czasami naginam przepisy, jak chyba każdy kierowca, ale bez szaleństw. (Prucie “stówą” przez centrum miasta to już nie jest “naginanie”.) Jednak od zdarzenia, które niedawno miało miejsce, zastanawiam dwa razy przed każdym manewrem.

Kilka dni temu miałem dość nieprzyjemną sytuację. Jak zwykle, byłem już spóźniony na zajęcia. Czekałem przed światłami na końcu dość długiej kolejki. Kilkadziesiąt metrów dalej było przejście dla pieszych, za nim zaczynał się pas skrętu w lewo, na który miałem zamiar wjechać. Korzystając z dłuższej przerwy między samochodami jadącymi z naprzeciwka, zniecierpliwiony zjechałem na bok i “ruszyłem z kopyta”. I cóż… Na wspomnianych pasach nieomal potrąciłem ładną, młodą dziewczynę. Mogło się skończyć źle, albo i nawet tragicznie.

Nie życzę nikomu podobnych wrażeń. No i warto wziąć pod rozwagę “lepiej dojechać pięć minut później, niż wcale”, powtarzane po stokroć na każdym kursie.