Chyba nie minę się z prawdą pisząc, że Holywood przyzwyczaiło nas do sequelowego chłamu. Znane grymasy, przejedzone dowcipy, oklepane sytuacje, niemiłosiernie naciągana fabuła – o ile w ogóle można się jakiejś doszukać, straszne dłużyzny, nuda. Takich prób zbicia łatwej forsy było wiele. Wszystkich nie jestem w stanie wymienić, ale kilka szczególnie zapadło mi w pamięci. Krótka powtórka z historii.

Druga i trzecia część trylogii Matrix’a – “to chyba jakieś gwiezdne wojny”, szczerze mnie wzruszyły. Szkoda, bo pierwsza część – nowatorska, zaskakująca, ciekawa – wielu przypadła do gustu. “Nagi instynkt 2″ – równie dobrze mógł zostać wydany jako parodia poprzednika. “XXX: State of the Union” (to nie żaden pornos, wbrew pozorom… gorzej dla filmu, bo wtedy może więcej by zarobił) – tu przyznam, że nie oglądałem pierwszej części, ale w końcu o sequelach mowa. Niemal pełne pół godziny, jakie zmarnowałem na ten kicz, było najgorzej spędzonym przed ekranem czasem w moim życiu. Nie sądzę, by jeszcze kiedyś powstał gorszy film (chyba, że celowo). Dalej, żenująco beznadziejne przygody człowieka-nietoperza w “Batman Forever” i “Batman and Robin”, przynoszące wstyd naprawdę fajnej, zrealizowanej w 1989 przez Burtona adaptacji popularnego niegdyś komiksu. Niewiele zostało z mniej lub bardziej mrocznego klimatu filmów z Keatonem w roli głównej. Zamiast tego otrzymaliśmy groteskowy świat zalany barwami z urządzonego w kiepskim guście pokoju dziecięcego, kretyńskie – nawet jak na Batmana – gadżety i beznadziejne kostiumy z durnymi, absolutnie zbędnymi detalami. Zszarganą reputację Batmana poprawił dopiero Nolan w “Początku”, niestety wciąż będąc daleko za Burtonem. Nawiązałem obszernie do jednego z moich ulubionych bohaterów z dzieciństwa, a tu niemal niepostrzeżenie przemknęła taksówka. Kto nie uważa, iż kolejne “odcinki” taksówkowej komedii sensacyjnej Luca Bessona są beznadziejne, niech podniesie rękę. Dziękuję, proszę wyjść. “Taxi” nie powalało na kolana, było jednak czymś nietypowym. Dalsze części to jak leczenie kaca spirytusem (niektórym pomaga). A skoro już przy samochodach jesteśmy – któż nie pamięta “Szybkich i wściekłych”? Podobnie jak w “Taxi”, pomysł nietypowy, powodowani ciekawością widzowie mogą się czuć usprawiedliwieni. Przypuszczam jednak, że jeśli ktoś wybrał się na “2 Fast 2 Furious” do kina, wychodził z niego tak szybko, jak i wściekły. Owszem, film zyskał kilku fanów, ale przecież nie każdy zachwyca się kolorowymi, szpetnymi samochodzikami “jak z płatków śniadaniowych”, owiniętych w lichą fabułę, denne dialogi i nie lepsze aktorstwo.

Można by tak wymieniać przez pół dnia, szkoda tylko czasu. Nieustannie wychodzą drugie, trzecie, czwarte części, budzące na przemian trwogę, żal i szyderczy śmiech. Niekiedy jednak przewijają się wśród tych plastikowych kamyczków prawdziwe klejnoty, na które warto zwrócić uwagę. Ale o tym kiedy indziej.